Jeśli pewnego dnia zrozumiem, co znaczy być, trwać w spokojnym zadowoleniu, oddawać się w pełni jednej rzeczy i nie gonić wciąż właśnie za tym, czego nie mogę mieć – będzie to oznaczało koniec mnie, koniec tej Katarzyny, którą znam, z którą bywa trudno, która nie jest łatwa. I nie wiem, dokąd wtedy pójdę, ta ja, która trwa we mnie, która wie, czego chce od tego świata, wie, czego by chciała od samej siebie, jednocześnie nie potrafiąc walczyć o nic, o co walczyć by mogła. O, gdyby wszystko było tak łatwe, jak oddawanie siebie idei, składanie własnego „ja” go na rzecz większej sprawy, z tym jedynym w swoim rodzaju poczuciem, że przecież – tu nie chodzi o mnie, a więc mogę walczyć, mogę krzyczeć, mogę ryzykować.
Jedno z moich „ja” jest tchórzem. Boi się ryzyka, woli wycofać się głęboko, zatruwać od środka. Jest tchórzem, dlatego chowa się za plecami silniejszego, ogólnego przeświadczenia o wartości sprawy. Nigdy zresztą nie dochodzi do głosu, balansuję na granicy pozwolenia i zakazu, pozwalam sobie na krok w przód, po czym cofam się o dwa. Moje „ja” boi się, że w przypadku walki nie będzie równoprawnym przeciwnikiem. Woli, zachowawczo, czaić się w ciemności.
Zbierając to wszystko w jedną, spójną całość, nie zostaje nic innego jak tylko stwierdzić: trudno. Pewnie powinnam walczyć. Pewnie powinnam pozwolić sobie na realizację osobistych marzeń, dać im szansę spełnienia.
Powinnam. Ale to niczego nie zmienia.
Po prostu jestem tchórzem. Moja odwaga jest czysto materialna.
Sycę się cudzymi snami.
Ile jest w nas prawdy?
Czy jestem sobą, gdzie jestem ja? Uciekamy, uciekamy w słowa, bezpieczne obrazy, to, co wydaje się nam dobre. Nie jest. Nigdy więcej nie chcę słów, dlaczego tak dużo mówimy, tak mało żyjemy? Nie chcę mówić; nie mów do mnie. Bądź, ale proszę, błagam Cię – nic nie mów. Nic nie mów, człowieku, nieznajoma, nieznajomy. Tak będzie dla nas lepiej, bezpieczne kokony naszych wyobrażeń nie zostaną naruszone.
Marzę o utopii. Ale, wiem. Nigdy nie nastąpi.
Czy mogłoby mnie nie boleć to falowanie, załamania rzeczywistości? Czy mogłabym nie chcieć dążyć do ideału? Każdy krok – dysonans, zgrzyt. Każda chwila nie dość. To zniszczy mnie i was – we mnie. To już niszczy wszystko, co mogłoby okazać się wartym ciągu dalszego.
Moja emocjonalność mnie przeraża. Będę o niej pisać, spróbuję ją nazwać. Będę szeptać o niej nocą. Będę tutaj, gdzie jestem, bo nie ma innego miejsca. Wszystko to zresztą tylko fragmenty, namiastki i niedostosowania. Czy jesteśmy? Gdzie się zaczynamy, gdzie kończymy?
Czy jesteśmy?
Nigdy nie będzie mi łatwiej.
Szukam.
Słowa. Mamy garście słów i kiełkujące w głowach pytanie: co dalej? Rzucamy się na nie na oślep, rozszarpujemy. Byłoby łatwiej, gdyby nikt go nie postawił, byłoby lepiej, gdybyśmy nie musieli wychodzić poza obręb prostych znaków. 26 symboli, kilka dodanych kreseczek i kropek (ale to już objaw fantazji, nic szczególnego) i już mamy swój świat. Piszę – coś się zmienia. Piszę – staję się. Nasze papierowe oczy kryją się za papierowymi rzęsami ilekroć zechcemy. Nie ma niczego szczególnego w pragnieniu odciskania się na bieli kartki. Zostawiam strzępy siebie, zdejmuję własną twarz, układam z błogim uśmiechem myśli. Chcę, by były jak najprawdziwsze, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie. Nikt nie ma ochoty czytać kłamstw, tak przynajmniej powtarza, by ukradkiem, gdy nikt nie patrzy, zatapiać się we własnych urojeniach.
I może to też jest prawda. Prawda, zawieszona gdzieś między jawą a snem, przeczuciem a wizją. Prawda, że tworzywo, z jakiego jesteśmy wykonani, to nie ciało.
Mówię prosto. Prosto milczę. Mijamy się w naszych snach, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nasza realność przypomina mijane na cmentarzu świeczki. Pali się kilka dni, cieszy oczy i gaśnie cicho, z lekkim sykiem. Nikt już nie widzi. Oczy zwrócone są w inną stronę.
Lubiła chodzić właśnie w ten sposób. Chwilę po zmierzchu, w ciepłych, leniwych kroplach deszczu miasto zmieniało się w coś, czego nie potrafiła nazwać, mimo usilnych prób. Spokój, cisza, rytmiczne kap-kap-kap stawały się przepustką do innego miejsca, innego czasu i innej osoby. Próbowała później wracać do tego stanu. Irytowała się, zaczynała – przekornie – wychodzić przed dom, gdy tylko na niebie pojawiały się chmury, ale widzenie nie następowało nigdy wówczas, gdy go potrzebowała. O, ileż to razy odpryski jej monotonnych kroków (przód, tył, tył, na prawo, obrót, na wprost) odbijały się od ścian świeżo pomalowanego pokoju. Nie mogła nic poradzić. Tak już było. Tak miało pozostać.
Czasami budziła się nieco wcześniej niż zwykle. Resztki snu ześlizgiwały się jej do kącików oczu, gdy ziewała szeroko, witając nowy dzień olbrzymim haustem powietrza. Była jeszcze trochę zła, bo przecież właśnie miała powiedzieć listonoszowi, że znowu pomylił adresy, a uświadomienie sobie, że już tego nie powie, wcale nie poprawiało sytuacji. Wstawała wolno, przeciągała się i na palcach, nie chcąc zbudzić niczego w tym martwym, śpiącym pokoju podchodziła do okna. Widok oszałamiał ją na kilka chwil. Napatrzywszy się do woli na szarawe budynki cichutko wracała do łóżka, zwijała się w kłębek i nie myśląc już o niczym zasypiała. Listonosz zwykle nie czekał.
Rytuał ten miał miejsce we wszystkich ważniejszych dniach jej życia. Przypominała sobie bez trudu zwodniczą miękkość różowych, obszytych cekinami bucików i słoneczny uśmiech matki. Później przyszła brązowa kamizelka, okulary i paczka zapałek. I to w zasadzie wszystko. Życie zamknięte w jednej szufladzie, wraz z kurzem, pająkami i nie dojedzonym, nadgniłym jabłkiem.
Nikt nie obiecywał, że będzie pięknie. To, że mimo wszystko było, traktowała jako rekompensatę. W końcu jednym dane jest spokojne życie, a innym chwile radości. I tak to już jest, nie można wściekać się tylko dlatego, że to nasze kalosze zawsze są dziurawe.
„Wszystko, do czego sprowadzają się moje pragnienia, to twoja siwa głowa. Myślisz, że to głupie – wiem. Sama niedawno tak myślałam, ale dzisiaj jestem już pewna: nie potrzebuję niczego więcej prócz jasnych, miękkich włosów, twojej pomarszczonej twarzy. Śmiejesz się ze mnie. Głupiutka – mówisz do mnie czule, przekomarzasz się, wygłupiasz. Dobrze. Zgadzam się na to, bo myśl o tym, że może kiedyś… może naprawdę… trzyma mnie jeszcze przy życiu.”
A guzik.
Nie ma stałości i spokojnej starości. I bardzo dobrze.
Moje życie to pasmo sukcesów, pooddzielanych chwilami całkowitych załamań. To, czego chcę tak naprawdę, znika mi z oczu. Półśrodki prowadzące do zachowania pozorów normalności z jedne strony ranią, z drugiej utrzymują w pionie.
Nagłe, przejmujące mnie dreszczem uczucie, że nie potrafię już tak po prostu zostawić na kartce samej siebie i własnego światła wywołało gwałtowny skurcz w żołądku. Jak to? Tak po prostu zniknęło coś, co uznawałam za pewne? Z dnia na dzień uciekła mi możliwość stawania się zlepkiem liter, kimś, kogo znam i poważam, tą odrobinę lepszą, a na pewno często bardziej poukładaną dziewczyną, którą bywałam w zamierzchłych zdaniach? I już – nie ma?
Nie chcę się z tym zgodzić, ale podchodzi, zwodzi, podpowiada, że: za późno.
Detal.
Brakuje tu detalu i uczucia.