2011-05-03 00:43:01 >> Maj jak co roku..?

To była, muszę przyznać, całkiem niezła metafora, zakrwawione palce, krew kapiąca na klatkę schodową, barwiąca mi plecak i klamkę, jak gdyby faktycznie stało się coś złego, coś dużo gorszego niż gorączkowe, trochę rozpaczliwe szukanie kluczy pomiędzy pociągnięciem nosa, a otarciem oczu, pośpiech, wymamrotane pospiesznie słowa, krótko mówiąc: tylko ja i moja pieprzona wrażliwość, którą, gdyby to było takie łatwe, wolałabym oddać nigdy nie rozsmakowawszy się w niej. A już na pewno nie tak, jak teraz, gdy z masochistyczną przyjemnością zabijam samą siebie, kroczek po kroczku, kap, kap, całkiem ładne teraz te płytki na korytarzu, jakieś takie bardziej moje, bardziej swojskie, bolesne, bo bolesne, ale przecież lepiej, że boli, niż gdybym miała nie czuć nic.

Maj obudził we mnie tęsknotę do tego, co było i tego, co może przyjść. Tęsknota ta miała się dobrze jeszcze przed majem, bo już od dawna wracałam do samej siebie, teraz jednak znowu buchnęło. Nie wywinę się górom, nie wywinę się temu jedynemu w swoim rodzaju zmęczeniu, które tak uwielbiam, waleniu serca, spoconym rękom, i czasem szkoda mi tylko, że nie mogę rzucić wszystkiego w diabły, założyć plecaka i ruszyć – tak, jak wtedy, gdy, jak wiele już razy, musiałam uciekać – byle samotnie, byle tam, gdzie olbrzymie przestrzenie, wiatr, dzikość, która nie wymaga słów, tego pieprzonego określania wszystkiego, nazywania, dotykania po ludzku, ubierania w ramy. Góry to musi być milczenie, bo nie chcę i nie umiem inaczej, choć bardziej nie chcę, skoro już znam swoją drogę.

Kłóci się we mnie chęć zrozumienia, wyciągania rąk, akceptacji z niezgodą na zepchnięcie mnie do roli człowieka podrzędnego, funkcyjnego, służącego tylko i wyłącznie zaspokajaniu czyichś egoistycznych potrzeb. Wiadomo, każdy z nas ludzi-egoistów patrzy przede wszystkim na siebie, fakt, że dla mnie dobre jest „branie przez dawanie” wcale nie znaczy, że jestem mniej samolubna, ale nie mogę, po prostu nie mogę pojąć, dlaczego tak wiele kosztuje zwykły szacunek i ciepło, skoro w moim świecie to właśnie nimi buduje się fundamenty pod cokolwiek trwalszego. Koniec końców zaczynam grać na nie swoich zasadach, otwierać jeszcze szerzej oczy i pytać w duchu: „po co nam to wszystko? W imię czego mamy się na to godzić?”. Odpowiedzi zupełnie mi się nie podobają.

Jeśli mogę komukolwiek z was, moi drodzy milczący czytelnicy, dać dobrą radę: nigdy nie pozwólcie sobie na to, by pewnego dnia zacząć podejrzewać, że jesteście kompletnie nieistotnym elementem czyjejś rzeczywistości, wymienialnym i traktowanym czysto instrumentalnie. Albo tak mocno uwierzcie w to, że tak nie jest, by nic nie było w stanie zachwiać w was wiary w wasze znaczenie, albo po prostu nie pozwólcie sobie na zbytek empatii. Bo gdy raz wejdzie się w gówno, ciężko pozbyć się smrodu. Powyższe rady testuję życiowo. I, niech mi niebo spadnie na głowę, jeśli się mylę, sądząc, że wrażliwość nie wyklucza siły charakteru.

 


skomentuj (0)

2011-04-18 23:02:23 >> Amoralność jak nic.

Czuję się głęboko zainspirowana asekuracyjnym zachowaniem pana XYZ, który nie widzi nic sprzecznego w wyznaniach i równoległym tkwieniu w związku, z którego nie ma zamiaru się wycofywać. Ale, prawda, chylę czoła i przyznaję rację. Należy próbować, raz na jakiś czas, urozmaicić sobie życie. Zwłaszcza, jeśli ta próba nic nas nie kosztuje, najwyżej spotkamy się z odmową, ale jaki to problem, skoro w domu czeka obiadek, a w łóżku chętna kobieta.

I zastanawiam się teraz, gdzie się podziały wszystkie te piękne wartości, ponoć realizowane, całe to pieprzenie o dupie Maryni, uczucia, miłości i inne równie puste słówka. Nie ma co, miłość, szczerość, uczciwość, może pójdziemy do ciebie, moja baba myśli, że jestem u przyjaciela. Najgorsze w tym wszystkim, mili państwo, jest to, że nie ma sensu nikogo winić. Taka po prostu jest ta nasza moralność, osobna kategoria „związek”, osobna kategoria „uczciwość”, osobna kategoria „seks”.

Jakie to wszystko smutne. I nie moje. Prawdę mówiąc, byłoby dużo łatwiej, gdybym potrafiła właśnie tak skategoryzować, mniej myśleć, wykorzystać te wszystkie potencjalne możliwości, bo niby jakie to ma znaczenie, jest miło, jest przyjemnie, nic, tylko brnąć w to dalej.

Niestety, mam pecha. Moja moralność ma się dobrze, czego na ten temat nie mówiłaby opinia publiczna.


skomentuj (0)

2011-04-14 02:12:17 >> Mniej lub bardziej babskie dylematy

Istniały dwie terapie.

Do pierwszej wystarczyły wyćwiczone w akceptacji dłonie i usta, które świadomie nie widziały tego, co nie miało być zobaczone, za to potwierdzały to wszystko, co dobre i w sam raz. Działało gwałtownie, efekty przychodziły szybko, równie szybko znikając. Czasami można sobie było pozwolić na przymiarkę, co by było gdyby, albo wręcz przeciwnie, bo przecież nigdy więcej nie miała szansy spotkać nas ta sama okazja. Terapia w zasadzie nie była terapią, a próbą zapomnienia, wskoczeniem w rolę, która na krótką chwilę przesłaniała poczucie niekompletności.

Druga różniła się wszystkim. W drugiej nie było ciepła, a jedynie drwina, wyzwalająca płacz i poczucie winy. Terapia zaiste szokowa. Rzucić się na głęboką wodę oczekiwań, spojrzeć prawdzie prosto oczy. Bo przecież „moja depresja nosi miseczkę A” i inaczej być nie może, ani depresja, ani miseczka A nie mają sensu osobno. Demoniczny duet „nie-dość”, przemieszanego z „za-bardzo”. Istne piekło, choć nie splecione z niczyimi snami*. Być może właśnie w tym tkwił cały żart. Terapia nie działała. Głównie dlatego, że nie znajdywała żyznego gruntu, a ziarno zamiast rosnąć – gniło. Pewnie od tych wszystkich łez.

Wypadałoby rozłożyć ręce, stwierdzić – trudno - i żyć dalej. Ale takie rozwiązania wyglądają dobrze w życiu, a nie na papierze.

 

Terapie, jak się okazało, nie miały racji bytu. Samo założenie: terapia, postawienie się w roli osoby w ten czy inny sposób ułomnej, wywoływało automatyczną reakcję, „nie” i ucieczkę w tę czy inną skrajność, bo gdzie tak nam może być wygodnie, jak nie w naszych skrajnościach.

 

Stoję teraz przed pytaniem, gdzie mnie to wszystko zaprowadziło.

Na pewno jestem w stanie określić ramy. Wiem już, kiedy to, co czuję, jest kompletnie nieadekwatne do realnej sytuacji. Na dobrą sprawę akceptuję, ale – i tutaj się zaczyna. Kwestia typowo babska. Zaakceptować siebie, swoją fizyczność. Dobrze, ale co w tym momencie ma oznaczać taka akceptacja? Z całą pewnością nie: „jestem idealna i nic nie muszę robić”. Bliżej jest mi do: „jestem świadoma tego, jak wiele wad posiadam i chciałabym je usunąć”. Paradoksalnie, łatwiej idzie mi wyzbywanie się przekonań i zahamowań, niż usatysfakcjonowane spojrzenie w lustro. I teraz znowu: małe kroczki. Małymi kroczkami idąc, stwierdzam: jest wystarczająco dobrze, by nie histeryzować (ileż osób jest brzydszych/grubszych/itd. ode mnie!), ale nie dość dobrze, by zaspokoić moje oczekiwania. Chcę być kobietą, którą wyobrażam sobie, myśląc „ja”. Bardzo wiele mi do niej brakuje. Niewyobrażalnie wiele. Ale mogę się nią stać, o tyle, o ile będę tego chciała. O ile, po 20 latach narzekania, wezmę sprawy w swoje ręce. Racjonalnie. Nie głodząc się jak głupia, ciesząc utratą kilku kilogramów, a potem tyjąc z przeświadczeniem, że jest cudownie, aż do momentu krytycznego spojrzenia na własne sadło, który zawsze wywoływał lawinę. Nie wierząc w swój obraz w czyichś oczach, być może i pełnych miłości, ale to zdecydowanie zbyt chwiejna podstawa dla budowania samej siebie. Lub też odwrotnie, nie potrafiąc zaakceptować krytycznych stwierdzeń, których przecież nie da się uniknąć. Inaczej. Na spokojnie, krok po kroku. Wolno chudnąć, ćwiczyć, ba, może nawet zainwestować w kosmetyki (tutaj cała moja wyuczona chłopięcość wyje z rozpaczy), a przede wszystkim – nie popadać w paranoję. Bo wcale nie chodzi o to, co inni mogą mi na mój temat powiedzieć. Jest to kompletnie nieistotne, bo ważne jest to, czego ja chcę. I choć łatwiej byłoby zmienić myślenie, być może wyrwać się z kolejnej pułapki, w jaką pozwoliłam się wpędzić (ale kto z nas jest w stanie stwierdzić, że nie interesuje go jego własna atrakcyjność, w kontekście mniej lub bardziej kulturowym?), to jednak wolę do tego podejść inaczej.

 I być może rację mają ci, którzy twierdzą, że przesadzam. Że – nie ma sensu. Bo po co? Ale ja właśnie mówię: jest sens. Bo chcę, choć raz w życiu, móc powiedzieć całemu światu: PATRZ! I chciałabym, żeby ten świat spojrzał wtedy, otworzył szerzej oczy, zamrugał kilkukrotnie i stwierdził, że faktycznie, jest na co popatrzeć.

 

* aluzja do jednego z moich przedpotopowych wierszy, w tekście jest ich więcej, za wyłapanie wszystkich oferuję buziaka


skomentuj (0)

2011-03-28 23:11:20 >> Kilka słów o niewykorzystaniu

   Kiedyś lubiłam zadawać sobie pytanie, czy jestem zadowolona ze swojego życia. Później przestałam, bo odpowiedzi nie zawsze mi się podobały, czasami za dużo było „ale”, za mało zwykłego uśmiechu, a to wszystko razem nie przedstawiało dokładnie takiego obrazu, jakiego się spodziewałam (choć lepiej byłoby stwierdzić: jakiego oczekiwałam). Później nie myślałam. Każdy wie, jak to jest nie myśleć, oddać się czemuś, zapomnieć, rozpłynąć w działaniu, czasami idei, a najczęściej po prostu pozbawionych większego sensu czynnościach. Nie ma co się oszukiwać: przypuszczalnie wy tak samo jak ja nie macie tendencji do konstruktywnego wykorzystywania czasu. I tak się to wszystko jakoś toczyło, tak się to wszystko jakoś toczy do przodu, a ja wyraźnie czuję, że spełnieniem tego nazwać nie mogę. Jest to o tyle niecodzienne, że tamten rok, oprócz wielkiego powrotu rozgoryczenia, przyniósł mi także świadomość, że moje działania gdzieś wiodą, dokądś prowadzą i to, co robię, robię dobrze. Teraz nie ma we mnie tej pewności, głównie dlatego, że się nie rozwijam, a przynajmniej nie w tak wyraźny sposób; nie muszę podejmować trudnych decyzji, nie muszę wybierać pomiędzy przyjemnościami, a obowiązkami, nie ma konieczności wchodzenia w kompletnie nowe role, a co za tym idzie wypracowywania w sobie dotąd niewyrobionych cech. Owszem, mogłabym zebrać dupę w troki i rzucić się na głęboką wodę. Mogłabym, ale tego nie robię.

   Powtarzam sobie, że nie jest źle, moją starą mantrę. Nie jest źle. Wiem to, czuję. Żyję, mówię, robię, uczestniczę, ale ten olbrzymi niedosyt, to ciągłe przeświadczenie, że to nie jest szczyt moich możliwości i potencjału, ba, to nawet nie jest jego połowa, a jakieś szczątkowe ilości, i obracam się w kółko, patrząc – czasami nawet widząc – i nie zmieniając tego, co zastaję. Kłóci się jedna ja z inną ja, kłóci się trzecia, czwarta i tak ciągle, bez chwili przerwy, kręcę się w kółko, ludzie, twarze, coraz szybciej, szybciej… Karuzela! Wirowanie! Patrzę tutaj, tego chcę, biegnę, gonię, w koło, w koło!

   Gdyby nie było to tak pretensjonalne, zacytowałabym w tym momencie Słowackiego. Którego, tak między nami, szczerze nie lubię.


skomentuj (0)

2011-03-20 15:41:29 >> Oczekiwanie na wiosnę

Zdecydowanie chciałabym, żeby było już ciepło. Trywialnie marzę o wylegiwaniu się w słońcu, spacerach nad Wisłą, wyjazdach, ale tych mniej zorganizowanych i bardziej szalonych, o ile oczywiście można w ogóle mówić o szaleństwie w kontekście namiotu, albo i jego braku, gór, a może morza, chyba że Mazur, bo przecież na Mazurach nigdy jeszcze nie byłam. Na razie powoli budzę się z niskotemperaturowego snu i wracam do formy; gubimy zimowe kilogramy, łapiemy wiosenny uśmiech, snujemy plany i działamy, powoli nabierając tempa.

            Dobrze wraca mi się do krakowskiego mieszkania. Wpadłam na tę jakże odkrywczą myśl parę dni temu, jak zwykle wieczorem, tuż przed Placem Bohaterów Getta. Zatrzymałam się na moście, odruchowo spojrzałam na Wisłę. Księżyc, pojedyncze postacie, lekki, ciepły wiatr. Wracam do domu, przeszło mi przez myśl, choć na dobrą sprawę chyba nie potrafię nazwać domem żadnego miejsca. Pewnego dnia to się zmieni, ale do tego czasu nie zamierzam narzekać. Jestem zadowolona.

            Krótko mówiąc: lubię to miasto. Lubię je za to, że mnie nie przeraża, za to, że mi się podoba, za ludzi, których tu spotkałam, spotykam i spotkam. Za możliwości, z których jeszcze nie korzystam i wszystkie dawne momenty, które dane mi tu było przeżyć. A propos dawnych momentów… Życzę wszystkim, aby potrafili szybciej ode mnie dostrzec, gdy tracą czas na kogoś, kto z całą pewnością nie potrafi im dać tego, czego potrzebują. Do mnie świadomość tego, że należało nie wpychać się po raz kolejny w to samo bagno, bo to ani dobre, ani miłe, ani satysfakcjonujące, dotarła w pełni dopiero po kilku miesiącach od standardowego końca kolejnego epizodu (czasami mnie kusi, żeby te nasze epizody policzyć; z litości dla samej siebie tego nie zrobię), który – teraz mam już stuprocentową pewność – był tym finalnym. Dziękuję za kilka fajnych chwil, było miło, ale się skończyło. I choć wiem, że minie jeszcze kilka miesięcy i znowu usłyszę standardowe pukanie do swoich drzwi, bo przecież tak łatwo nie jest się oduczyć wracania do mnie, to tym razem możemy iść tylko na kawę. Życie idzie do przodu, my idziemy do przodu, czas znaleźć inne drzwi. Mimo moich pokładów instynktów opiekuńczych, nie satysfakcjonuje mnie bycie podporą, wsparciem, matką i opiekunką, bo fajnie by było, gdybym mogła też się oprzeć. Choć nie mam najmniejszych problemów ze staniem prosto.

            Tak czy inaczej, lepiej późno niż wcale. Teraz mogę się ze spokojem uśmiechnąć i nie pytać już, co słychać, co stanowi pewne odciążenie.

            Idzie wiosna. Wszystko zacznie kwitnąć. Założę lekką sukienkę, rozpuszczę włosy i boso będę chodzić po łące, zbierając kwiaty. W ramach naiwnej niedojrzałości i pokładów nie do końca dobrze ukrywanego, romantycznego zachwytu światem.


skomentuj (0)

2011-02-20 00:21:40 >> Drogi, ścieżki i wycieczki

Czasami przechodzi mi przez myśl, że wszystko jest jednak cholernie proste, a to, co psuje naszą codzienność, stanowi nic innego jak nasze własne, przerośnięte oczekiwania, głupie złudzenia i zaskakującą zdolność do komplikowania tego, co jest banalne. Krótko mówiąc: mniej narzekać, mniej kombinować, mniej czekać, a przede wszystkim: działać! Mówię to głównie do siebie. Niedobrze mi się robi, gdy patrzę na własne żale. Zwłaszcza te upublicznione.

W związku z tym, na dobry początek, kilka starych i nie raz sygnalizowanych słów.

Śmieszny jest ten świat, w którym żyjemy. Definiujemy samych siebie przez ilość znajomych na portalach społecznościowych, wartość przyjaźni jest często liczona kolejnymi „lubię to” przy zdjęciach i wpisach (tak, bardzo lubię to, że twoja kawa była pyszna, ale czeka cię jeszcze walka ze sprawdzianem z historii i naprawdę nie wiesz, czy poradzisz sobie z nauką, bo ściągnął ci się odcinek Housa, który zdecydowanie musisz teraz obejrzeć), a na dobrą sprawę niewiele nas łączy. Wiadomo, pewnie demonizuję. Jestem przekonana, że kiedyś wcale nie było lepiej. Nie ma co zwalać na postęp cywilizacyjny całej winy za odległości między ludźmi i stopniowy zaniku umiejętności interpersonalnych, bo każdy czas ma swojego „fejsbuka” i nic na to nie poradzimy. Po prostu jestem idealistką, której wydaje się, że można żyć odrobinkę inaczej. Czego bym chciała? Chciałabym poznawać was w działaniu. Chciałabym, żeby miarą tego, kim dla siebie jesteśmy, była ilość wspólnie podjętych wyzwań, tych mniejszych i większych. Wyzwań. Działań. Żaden inny fundament nie zapewni mi tego, co chcę osiągnąć.

A, jak pretensjonalnie by to nie brzmiało, chciałabym po prostu mieć świadomość, że możemy gdzieś dojść, moi drodzy przyjaciele, znajomi i nieznajomi. A jak tu gdziekolwiek iść, gdy się nie pokonało nawet jednego chodnika?


skomentuj (0)

2011-02-12 01:04:49 >> Banały i nadmiary

Wszystko to jest puste, nie ważne ile razy napiszę to zdanie wciąż pozostaje tylko zdaniem, niczym więcej, a ja, zawieszona nad bielą ekranu nikim innym niż lunatykiem, ślepo stawiającym kolejne kroki, ciągniętym przez schody przyzwyczajeniem i tępym odruchem, niczym mniej niż mną, a więc bez możliwości ucieczki od konsekwencji.

Sennie się uśmiecham, ale bez wyrazu, sennie wypowiadam słowa, które nic nie znaczą, sennie żyję, sennie brodzę, sennie nie podejmuję najmniejszego choćby ryzyka, sennie pretenduję, sennie maskuję, sennie odsłaniam, sennie, sennie, sennie i aż do znudzenia ta sama śpiewka, aż do złudzenia wiruję w tym samym punkcie, coś robię, za mało, gdzieś patrzę, za blisko, oceniam, ale za ostro, nie wierzę, wierzę, ale uśmiech, mili państwo, bo przecież ktoś patrzy, ale smutna minka, mili państwo, bo przecież znów patrzy i nie można dzisiaj z radością.

 

*

 

- Nie wydaje ci się, że to po prostu głupie?

- O co ci chodzi?

- Sama nie wiem, ale przesadzasz. Nie możesz po prostu żyć?

Uśmiechnęła się.

- Przecież żyję.

Kroki na drugim piętrze ucichły na moment. Ktoś usiadł, trzasnęło krzesło. Dziewczyna podniosła wzrok, przez moment obserwując sufit. Milczała.

- Co, teraz się będziesz wykręcać ciszą?

Pokręciła głową. Może to właśnie o to chodzi, przeszło jej przez myśl. Może to właśnie o to chodzi, że nigdy nie ma ciszy, zawsze hałas, zawsze czyjś głos, czyjaś twarz, czyjeś oczekiwania, które wymościły sobie w głowie wygodne gniazdko i tkwią w niej teraz na dobre. Może to właśnie o to chodzi, że nie można uciec. Co to zresztą znaczy, uciec. I od czego?

- Wybacz, zamyśliłam się. Chcesz herbaty? Zaraz przyniosę.

 

 


skomentuj (0)



***
Szablon stworzony przeze mnie. Na zdjęciu: ja.
Na potrzeby własne.
2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
październik
wrzesień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
maj
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad